To nie rak!
Ale operacja i tak będzie...
To nie rak!
Ale operacja i tak będzie...
Nigdy nie byłam zagorzałą fanką obchodów dnia św.Walentego. Nie rozumiałam i do dziś nie zdołałam pojąć swoistego szału walentynkowego - prezenty, kartki, czekoladki, miśki, kolacje przy świecach, wycieczki do Paryża, itp. itd.
Mój brak zrozumienia nie wynikał nigdy z bycia singlem. Wręcz przeciwnie! Uważam, że jeżeli dwie osoby są razem, to powinny dawać sobie nawzajem dowody miłości i oddania CODZIENNIE, a nie raz w roku, z globalnego przymusu "Kochajmy się! Dziś są walentynki!". A przez pozostałe 364 dni w roku Ci sami ludzie, którzy 14. lutego przytulali się, całowali namiętnie i szeptali sobie do ucha czułe słówka, będą się kłócić, ranić na wzajem, oskarżać nie wiadomo o co? Tak, to tylko skrajny szkic tego, jak może to wyglądać i zdaję sobie sprawę z tego, że jest wiele par (mam nadzieję, że więcej, niż w grupie "skrajnej"), które są dla siebie miłe na co dzień i z miłości potrafią czynić małe i skromne gesty, które umilają szarą rzeczywistość dnia codziennego.
Tak w ogóle, czy ktokolwiek wie skąd wzięły się Walentynki? Nie chodzi mi tu o ich obecną formę, którą przejęliśmy z Zachodu, ale o początki. A mianowicie Dzień św. Walentego przez wielu znawców jest łączony ze zwyczajem pochodzącym z Cesarstwa Rzymskiego, polegającym głównie na poszukiwaniu wybranki serca, np. przez losowanie jej imienia ze specjalnej urny. Możliwe też, że zwyczaje związane z tym dniem nawiązują do starożytnego święta rzymskiego, zwanego Luperkaliami, obchodzonego 14-15 lutego ku czci Junony, rzymskiej bogini kobiet i małżeństwa, oraz Pana, boga przyrody.
Co do rzymskiego zwyczaju poszukiwania wybranki serca, znam podobną walentynkową wróżbę, a dokładniej jej dwie formy. Obie zaczynają się tak samo - na małych karteczkach piszemy imiona mężczyzn/ kobiet, które nam się podobają, składamy je na pół lub na 4 i wkładamy pod poduszkę. I tu zaczyna się różnica między dwiema formami, które znam. Pierwsza - karteczki wkładamy pod poduszkę w nocy z 13/14 lutego i wyciągamy jedną z nich rano. Imię wylosowane na karteczce, to imię naszego(ej) przyszłego(ej) partnera(ki). Druga różni się tylko tym, że wkładamy pod poduszkę 7 karteczek z imionami, na tydzień przed Walentynkami. Codziennie rano wyciągamy jedną, a ostatnia, którą wyciągniemy 14. lutego jest imieniem naszego(ej) wybranka(ki).
Z dzieciństwa pamiętam wysyłanie i podrzucanie ukradkiem walentynkowych kartek. To do plecaka, to na ławkę w czasie przerwy, a gdy przyszła już na to moda, do Tajnej Walentynkowej Skrzynki, której zawartość była zawsze rozdawana w trakcie lekcji. Takie miłe, dziecięce, niewinne i na swój sposób czułe, wyrażenie sympatii do drugiej osoby, co jak wiadomo nie przychodzi małym dzieciom zbyt łatwo. I nie były to nie wiadomo jak drogie i ozdobne kartki. W większości praca własna, a w skrajnych przypadkach, wyrwana z zeszytu kartka z niedbale narysowanym sercem i kilkoma krzywo napisanymi, miłymi słowami. Czy ktoś jeszcze kultywuje ten prosty, lecz jakże romantyczny, sposób wyznawania najpiękniejszego z uczuć...?
W takim razie zastanawiam się, co mają wspólnego z Dniem Zakochanych wszelkie walentynkowe promocje, reklamy i cały ten "bum serduszkowy"? Wygląda na to, że to tylko kolejny dzień w kalendarzu handlowców, pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkanocą, kiedy to mogą zarobić na ludzkiej głupocie, naiwności i pędzie za trendami. Przecież przeciętny człowiek nie przejdzie obojętnie obok hasła w stylu "Jeśli nie kupisz jej/jemu prezentu/kartki, pomyśli że jej/go nie kochasz, albo masz inną/innego i odejdzie od Ciebie". Niestety, taki jest właśnie wydźwięk większości reklam i promocji walentynkowych. Zmusza się ludzi, by na siłę kupili coś, czego nie chcą, nie lubią, albo w normalnych warunkach nigdy by nie kupili. Czy to o to chodzi wszystkim? By "pokazać" jak "wielka jest ich miłość" [czyt. bogata kieszeń]. Czy nie lepiej umilać naszym najbliższym chwile na co dzień? Zrobić herbatę, pójść razem na spacer, wyłączyć telewizor/komputer na 5-10 minut i porozmawiać ze sobą albo po prostu "pobyć"... Dla mnie takie małe gesty od czasu do czasu znaczą o wiele więcej niż bukiet oklepanych czerwonych, podwiędniętych róż, kupiony w hipermarkecie, albo kartka wypełniona niebywale pięknymi, lecz pustymi i nie niosącymi za sobą żadnych czynów, słowami...
I ostatni walentynkowy aspekt, o którym warto wspomnieć. Osoby samotne, tzw. single lub quirkyalone - czyli single z wyboru, skupiający się na karierze kosztem posiadania rodziny. Osoby takie są piętnowane, wyśmiewane, bo "nie czują magii tego dnia", "siedzą same w domu", "nie dostały od nikogo kartki/misia/całusa...". Przecież ilość otrzymanych prezentów w walentynki nie jest wyznacznikiem "miłości", jaką darzą nas inni. Jest tylko wynikiem prania mózgu na nieświadomym niczego, ślepo zapatrzonym społeczeństwie. I tylko "wybitne" (proszę, nie zrozumcie mnie tu źle) jednostki potrafią się przeciwstawić modzie i żyć własnym życiem, w zgodzie ze swoimi poglądami i przekonaniami.
A jeśli o mnie chodzi - w związku, czy jako singiel - nigdy nie obchodziłam, nie obchodzą i nie zamierzam obchodzić Walentynek. Nie dlatego, że nie mam z kim. Dlatego, że wolę codziennie czynić Jego dzień lepszym, a nie tylko "od święta"...
W <3
Wiem, że baaardzo dawno nie pisałam, ale ostatnie zmiany w moim życiu pochłonęły mnie bez reszty. Jednak po tym, co wczoraj znalazłam w internecie, musiałam napisać...
Podejrzewam, że większość z Was na pewno słyszała/ widziała/ czytała coś na ten temat. Serdecznie współczuję każdemu, kto, tak jak i ja niestety, miał okazję zobaczyć ten filmik w całości. 3-latek dusząc, ciągnąc za ogon, rzucając o ściany, podłogę i łóżko małego kotka stał się "gwiazdą" filmiku nakręconego przez jego 15-letniego, jak się dziś okazało, brata...
Internet huczał o tym wczoraj od rana, a zaczęło się od youtube'a. Internauci zareagowali natychmiast i jak często bywa w takich sprawach, z różnym skutkiem. Niektórzy bezmyślnie, inni pod wpływem emocji lub presji innych użytkowników sieci, zaczęli wygrażać się autorowi filmiku, rodzicom biednego malucha, który prawdopodobnie nie wiedział, że to co robi, jest złe. W końcu skąd miał wiedzieć, jeśli nikt nie nauczył go jeszcze odróżniać dobre od złego... Pojawiały się też wpisy z danymi teleadresowymi "prawdopodobnych autorów", ludzie zaczęli prowadzić nawet wirtualne śledztwo - szukać osób, które rozpoznają dziecko, zwierzę, mieszkanie. Niektórzy zaczęli wyszukiwać podobne nagrania i "na siłę" wskazywać podobieństwa. Szkoda tylko, że żadna z "podejrzanych osób" nie okazała się autorem filmu. były to niewinne osoby, których dane ktoś opublikował w internecie - może głupie żarty, emocje, napiętnowanie i chęć ujęcia sprawcy. Mam nadzieję, że żadnej z osób, których dane zostały upublicznione nic się nie stało i nie stanie.
Chłopczyka na pewno czeka jakaś terapia u psychologa, może psychiatry. Nie mówiąc już o jego starszym bracie, który z nudów, a może z braku uwagi/ dobrego przykładu płynącego od rodziców, znalazł sobie zajęcie. W dodatku wciągnął w to niczego nieświadomego młodszego brata. Rodzina prawdopodobnie też będzie potrzebowała jakiejś terapii. W normalnej, zdrowej rodzinie nigdy nie doszłoby do czegoś tak brutalnego, bezmyślnego i masakrycznego.
Z tego co słyszałam w radio i czytałam w internecie, nastolatek został dziś zatrzymany i przesłuchany przez krakowską policję i wypuszczony do domu. Sprawa zostanie przekazana do sądu rodzinnego, ponieważ autor filmiku jest niepełnoletni. Poszkodowany kot, jak wynika z relacji osób, które zabrały go razem z 3 innymi kotami i 2 psami do schroniska, był tak przestraszony, że na widok wyciągniętych w jego stronę rąk prawie wtopił się w podłogę.. Dwie osoby miały problem, by złapać go do klatki. Bali się, że zwierzę ze strachu nie przetrwa podróży do schroniska. Wstępne oględziny wykazały, że kotek jest mocno poobijany i opuchnięty. Na wyniki lekarskie trzeba poczekać do jutra. Reszta zwierząt była w podobnym stanie - fizycznym jak i psychicznym.
Mam nadzieję, że nastolatek zostanie surowo ukarany - nie więzienie, poprawczak, czy grzywna - to niczego go nie nauczy. Praca społeczna w schroniskach dla bezdomnych zwierząt, sprzątanie ich odchodów, itp. Takich dzieciaków nie da się już "naprawić", a ciężka praca może zmusi go do myślenia o swoim postępowaniu i nauczy szacunku. Właśnie znalazłam informację, że dzieciak odpowie przed sądem jak osoba dorosła, jednak z powodu jego wieku sprawą zajmie się sąd rodzinny.
Druga sprawa, to rodzice. Gdzie byli, kiedy dzieciaki urządziły sobie "zabawę z kamerą". Poza tym, skoro nastolatek robi coś takiego, to znaczy, że w procesie jego wychowania coś nie zadziałało. Rodzice nie nauczyli go szacunku do istot żywych, ani tego, jak powinien opiekować się młodszym bratem. Nawet jeśli dzieciak nie zaobserwował podobnego zachowania w domu, rodzice są odpowiedzialni poprzez zaniechanie jego wychowania - nieodpowiednie filmy i gry komputerowe pełne przemocy. Dzieciaki po pewnym czasie nie odróżniają życia realnego od świata wirtualnego, i nie wiedzą, że za krzywdzenie innych należy się surowa kara. Przecież w filmie, czy grze to jest ok, nawet zdobywa się wyższy poziom doświadczenia, kolejny level, czy inną nagrodę - im więcej ludzi zabijesz, tym lepiej...
Aż strach pomyśleć, co wyrośnie z tego dzieciaka. Dziś znęca się nad niewinnym zwierzęciem, wciągając do "zabawy" młodszego, niczego nieświadomego brata, a za kilka lat będzie molestował, gwałcił, a może nawet mordował. Ludzka psychika zniszczona już w tak młodym wieku, nie da się "naprawić" w żaden sposób. Można tylko próbować nie dopuścić do podobnych sytuacji w przyszłości, co wydaje się raczej nie możliwe. Mam tylko nadzieję, że nie jest jeszcze za późno przynajmniej dla tego brzdąca, że nie pójdzie w ślady brata i uda się go "wyprowadzić na ludzi".
Będę śledzić rozwój tej sprawy i może napiszę jeszcze coś na ten temat. Jestem ciekawa Waszych opinii w tej sprawie - zapraszam do komentowania i dyskusji, bo o takich sprawach trzeba rozmawiać...
Godzinę temu skończyłam ponad godzinny trening 'Pump It Up', później prysznic i kolacja. Czuję się wspaniale! Mam w sobie tyle energii, że szok! Kto by pomyślał, że samotne ćwiczenia w domu, przy filmie z instruktorem, mogą dać tyle satysfakcji. A jednak. Jeśli jestem zmęczona, jakieś ćwiczenie mi się nie podoba, albo po prostu brakuje mi tchu, mogę spokojnie zatrzymać się na chwilę, napić wody, zatrzymać film i nikt nie będzie mi miał tego za złe, nie wytknie mnie palcami itp, jak mogłoby się stać w klubie fitness czy na siłowni. Normalnie pełen luzik. Chcę zrobić mniej ćwiczeń - przewijam film, chcę powtórzyć jakiś układ - cofam film tyle razy, ile mi się podoba.
Wygodne, efektywne i, co najważniejsze, darmowe! Nie trzeba wydawać majątku na karnety na fitness/ siłownię, by być w formie zimą, czy nawet przez cały rok! Jest tylko jeden haczyk - motywacja. Wiadomo, że gdy wykupuje się karnet, to trzeba chodzić, bo przecież nie będziemy wyrzucać pieniędzy w błoto. A dodatkowo, jeśli zapisałyśmy się gdzieś z koleżanką/ przyjaciółką, to przecież nie możemy jej wystawić do wiatru. A tak, samemu, w domu, zawsze znajdzie się jakaś "wymówka", żeby nie ćwiczyć lub odłożyć to "na jutro". Ale przecież z koleżanką też można się umówić w domu na wspólne ćwiczenia i wzajemnie się motywować, jeśli zajdzie taka potrzeba. Poza tym, odpowiedni film może zamienić żmudne i nudne ćwiczenia w świetną zabawę! Nawet nie zauważymy, kiedy niechciane kalorie i pot spłyną z nas, jak woda po kaczce :)
Jak na razie ćwiczyłam w tym tygodniu dwa razy - dzisiaj i w środę, ale od przyszłego tygodnia planuję ćwiczyć w poniedziałki i piątki. Taki dobry początek tygodnia w poniedziałek i weekendu w piątek. Mam nadzieję, że domowe "wymówki" mnie nie zniechęcą :)
Tak, zadzwonili dziś koło południa. Zapytali, czy nadal szukam pracy i gdy potwierdziłam, usłyszałam w słuchawce, że w takim razie z radością chcą mi zaproponować pracę :) Za kilka dni ma się ze mną skontaktować ktoś z HR i wtedy poznam wszystkie szczegóły. Jestem taka szczęśliwa! Gdy odłożyłam słuchawkę zaczęłam krzyczeć z radości, co wyraźnie poprawiło humor mojemu W. Od razu zadzwoniłam z radosną nowiną do taty, a po południu do mamy :) Podzieliłam się też tymi newsami ze znajomymi na facebook'u i gg - wszyscy pisali z gratulacjami. Miłe uczucie, na prawdę. Szkoda tylko, że to tymczasowa praca, do końca roku szkolnego, ale przecież to lepsze niż nic. To prawie 9 pełnych miesięcy :) I jeszcze jeden minus - teraz będę się mijać z moim W... On będzie wychodził do pracy, gdy ja będę z niej wracać. Ale nie ma co rozpaczać, w końcu ma ten przechodni weekend, więc od czasu do czasu będziemy mieć "normalny" weekend dla siebie :)
Jest radość!
Tak, w tym roku postanowiliśmy z W. przyłączyć się do tego pogańskiego rytuału. Zwłaszcza, że tu w UK, to nadal popularne święto i mimo, że ludzi już mało co potrafi przestraszyć lub zadziwić, nadal starają się podtrzymywać tę "straszliwą" tradycję :) W zeszły weekend piekłam i ozdabiałam kruche ciastka. Oczywiście wszystkie w kształtach duchów, wiedźm, kotów, nietoperzy, dyń i wiedźmowych czapek :) Kolory przeważające to czerń, zieleń i pomarańcz. I jedno wygląda straszniej od drugiego. Zresztą, poniżej wrzucam kilka zdjęć :)
Co do wystroju domu i kostiumów. Ozdoby będę robić jutro i w sobotę, bo w sobotę mój W. ma wreszcie wolne i mi pomoże :) Materiały papiernicze kupiliśmy w zeszłym tygodniu - tak zapobiegawczo. Rolka czarnego bristolu, pomarańczowe i białe krepiny - powinno wystarczyć. Planujemy lampiony ze szklanych butelek i słoików, papierowe nietoperze i sieci pajęcze na oknach i ścianach, wielką wiedźmę na miotle na frontowych drzwiach oraz siatkę maskującą zaraz za drzwiami, z kilkoma zaplątanymi pająkami/ nietoperzami. Mam nadzieję, że dzieciakom, które zapukają do naszych drzwi się spodoba :) Dzisiaj zrezygnowaliśmy z drążenia dyń, bo stwierdziliśmy, że nie będziemy mieli co zrobić z miąższem i pestkami - zupy dyniowej nie chce nam się robić, podobnie jak suszyć pestek.
My sami też będziemy przebrani - przecież nie otworzymy dzieciakom drzwi w dresach i kapciach :p Co do ubrań, to coś odpowiedniego znajdziemy we własnych szafach - nic trudnego, ale by zwykłym ubraniom dodać trochę charakteru, kupiliśmy sobie maski - wiedźmy dla mnie [choć są tacy, którzy twierdzą, że i bez przebrania dałabym sobie radę w tej roli] i diabła dla W. [on bez maski wygląda strasznie, jak czasem strzeli jakąś minę].
Nie organizujemy żadnej imprezy, zamierzamy tylko częstować trick-or-treat'owców. Chcemy zobaczyć jak wyjdzie nam pierwsze wspólne świętowanie Halloween. Jeśli będziemy się dobrze bawić, to może w przyszłym roku zorganizujemy jakąś imprezę tematyczną dla znajomych :)
TAK WŁAŚNIE WYGLĄDAJĄ MOJE TEGOROCZNE HALLOWEEN'OWE CIASTKA :)
Ostatnimi czasy zauważyłam coś dziwnego... Coraz większa liczba moich znajomych [mężczyzn, chłopaków] w mniej lub bardziej otwarty sposób, w trakcie naszych rozmów online [na gg, skypie, czy też na chacie FB] proponuje mi sex! I to niekoniecznie cyber sex :) Pisza, że "gdybyś nie wyjechała, to...", albo coś w stylu "gdybyś teraz była w Polsce/przy mnie..." Czy to hormony im buzują? Może zasada "zakazanego owocu" tak na nich działa? Po pierwsze, że zajęta [od dwóch lat w stałym związku], a po drugie, daleko od nich [czyli technicznie rzecz biorąc - nic z tego]. Skąd nagle tyle propozycji...? Nie ukrywam, że lubię flirtować, używać gry słów i dwuznaczności w trakcie rozmów, ale zazwyczaj jest to w formie żartu - dość czytelnego dla każdego. Poza tym, często to oni zaczynają "drążyć temat". Może są po prostu samotni, albo wcześniej nie mieli odwagi tak "prosto w oczy"...?
Przypomina mi to coś w rodzaju sytuacji, kiedy kobieta ogłasza wszystkim, że wychodzi za mąż i nagle odzywają się dawno zapomnieni amanci/przyjaciele/koledzy, którzy w akcie desperacji próbują zawalczyć o jej względy lub chociaż odwieść ją od pomysłu ślubu. A wcześniej jakoś im się z tym nie spieszyło i/lub nawet nic nie wskazywało na takie uczucia.
To jak to jest z wami, drodzy Panowie, co...?
Tak, ze szkoły, w której w czwartek byłam na interview. Zadzwonili tego samego dnia po południu. Powiedzieli, że są pod dużym wrażeniem mojej osoby, ale nie mogli się zdecydować, która z nas dwóch wybrać. Postanowili, że po przerwie [która jest w przyszłym tygodniu], 2. listopada zaproszoną na rozmowę trzecią osobę, która nie mogła przyjechać w czwartek, bo jest na urlopie. Do czwartej kandydatki, która z nieznanych powodów, nie mogła dojechać na rozmowę, zadzwonili od razu z wiadomością, że jej dziękują. Osobiście, byłyśmy zdziwione, gdy w czwartek zobaczyłyśmy tylko siebie na wzajem, bo na planie dnia były wyraźnie zaznaczone cztery osoby.
Cóż, pozostaje mi tylko czekać i mieć nadzieję, że ta dodatkowa osoba nie będzie zbyt zachwycająca i że wreszcie dostanę pracę, na którą zasługuję. Zwłaszcza, że akurat ta szkoła pasuje do mnie idealnie. W dodatku okazało się, że znam chłopca, z którym będzie pracować osoba na stanowisku, o które się ubiegam:) Pracowałam z nim przez tydzień, w jednej z podstawówek, w których pracowałam przez agencję. Od razu zauważyłam, że moje szanse wzrosły, od kiedy powiedziałam, że znam R. z poprzedniej pracy. Znamy się, czyli mniej czasu zajmie nam poznawanie się i będziemy mogli szybciej rozpocząć efektywną pracę. Powiedzieli, że relacje z nim są najważniejsze, ale są przecież jeszcze inne punktowane komponenty [trochę jak relacja z łyżwiarstwa figurowego to zabrzmiało :p]
Nie ma rady, trzeba czekać i zobaczyć o czas przyniesie :)
Jak sam tytuł wskazuję, coś zastąpi "jeszcze raz". A co dokładnie? Jutro mam kolejne interview:) Niby 3/4 etatu, ale szkoła jest super. Szkoła średnia, wyspecjalizowana w matematyce, informatyce i naukach ścisłych, czyli dokładnie taka, do której sama chodziłam w Polsce. Technologia po prostu otacza dzieciaki z każdej strony - komputery, mikroskopy i inne cuda-wianki, które używane są na każdej lekcji. Zarząd szkoły wychodzi z założenia, że należy przygotować dzieci do pracy i życia w XXI wieku, gdzie obecnie nasze życie jest coraz bardziej skomputeryzowane i wszystko wskazuje na to, że ten trend będzie się utrzymywał, a nawet wzrastał... Jednym słowem - idealne miejsce pracy dla mnie!
Długo nie pisałam, ale czasu jakoś brak... Co prawda, jedna uczennica z korków pojechała teraz na 2 tygodnie do Polski, więc nie muszę się przygotowywać do lekcji, ale za to ten czas poświęcam na moje pasje - taniec i dekorowanie naszego gniazdka. Skoro w agencji pracy jest teraz "cisza" [pieprzony premier Cameron, jego reformy i cięcia w budżecie na edukacje... i nie tylko], muszę przecież jakoś zając sobie czas :) Mam jednak nadzieję, że już niedługo będę zajęta w dniach pon-pt w godz. 9.00 - 15.00 i będę miała z tego pieniądze :)
Odpowiedź z interview ma być w przeciągu 24h, więc relacja i więcej info może na początku przyszłego tygodnia :)
Takie właśnie mam odczucia po mojej pierwszej lekcji z N. Co prawda nastolatka (19 lat), ale całkiem normalna. Widać, że ma poukładane w głowie, jest chętna do nauki i generalnie dobrze mi się z nią dziś pracowało. Lekcja jej się podobała i zgodnie z planem wraca do mnie w czwartek.
Przygotowując się do dzisiejszej lekcji nie wiedziałam za bardzo, co będzie dla niej odpowiednie. Jak się okazało, materiały przeze mnie przygotowane były akurat. Poszło nam szybciej niż przewidywałam, więc musiała zapożyczyć materiałów, które zaplanowałam na czwartek. Ale to nic. Po krótkiej rozmowie z N. wiem, czego jej brakuje i nad czym musimy popracować. Dlatego też jest mi już łatwiej planować kolejne lekcje i dobierać odpowiednie materiały i ćwiczenia. Dałem jej nawet zadanie domowe - powiedziała, że chętnie zrobi.
Zobaczymy, jaki chleb wyjdzie nam z tej mąki :)
Tydzień temu wróciliśmy z Polski, gdzie polecieliśmy specjalnie na wesele przyjaciół W. Tak na prawdę to ani ślub, ani wesele, nie były tak fascynujące ami wspaniałe, jak mogłoby się wydawać po tytule wpisu...
Ślub odbył się w bardzo dużym i przestronnym kościele a gości była tylko garstka, co podkreśliło kameralny charakter uroczystości, ale nie jestem pewna, czy takie było zamierzenie. Uczucie pustki było dotkliwe. Swojskiego uroku dodawał tylko podstarzały, fałszujący i prawdopodobnie "wczorajszy" organista. Gdy grał marsz weselny, tylko kilka pierwszych akordów przypominało oryginalną melodię. Para Młoda z trudem utrzymywała powagę na twarzy. Pod kościołem przygotowaliśmy dla nich ryżowy deszcz, który, jak wnioskuję po uśmiechach na ich twarzach, spodobał się :) Później wiadomo - życzenia, kwiaty, prezenty i podróż do domu weselnego. Prawie wszyscy goście dotarli tam przed nowożeńcami, więc mieliśmy chwilkę na wybranie miejsc przy stole i przywitaniem się ze wszystkimi, wliczając zespół grający na weselu. Przyjaciel nowożeńców jak i większości gości, który na co dzień gra w swoim bluesowym zespole, a na takie okazje stworzył drugi, "branżowy" skład. Oczywiście z przyjemnością grał na tym weselu, a my świetnie się bawiliśmy. Z parkietu schodziliśmy tylko, gdy kuchnia podawała kolejne dania. Jak wiadomo jestem bardzo towarzyską i rozrywkową kobietą, dlatego też tańczyłam z każdym mężczyzną, którego znałam na sali. Nie licząc wokalisty zespołu, który był "na służbie" :) Oczywiście z "moim" najwięcej. Z parkietu nie schodził też kamerzysta, który kręcił się w kółko i kadrował nas wszystkich z prawej i z lewej i z góry i z... Nie, z dołu nie. Przynajmniej mam taką nadzieję... :p Jestem tylko ciekawa Jednym słowem zabawa była przednia! Byłam nawet prowodyrem pierwszego tanecznego pociągu :) Zespół podłapał klimat i gdy zmęczeni po "podróży" opadliśmy na krzesła, zagrał piosenkę "Jedzie pociąg z daleka" i świadkowa stworzyła drugi pociąg. Tylko Para Młoda jakoś rzadko gościła na parkiecie. Dziwne to dla mnie.
A jeśli ktoś zauważył ostatnią ankietę na moim blogu, tak, dotyczyła właśnie tego wesela. I zrobiłam tak, jak zagłosowałam:) Ale muszę przyznać, że świadkowa zrobiła dobrą robotę - Panna Młoda sprawiała wrażenie pięknej kobiety. I to dzięki makijażowi właśnie. I dobrze :) W takim dniu każdy zasługuje na to, by wyglądać i czuć się świetnie.
I niestety, oprócz miłych wspomnień i zdjęć, z Polski przywiozłam również jakieś choróbsko... Siostra W. zaraziła mnie. W dodatku, gdy wyjeżdżaliśmy ona czuła się już lepiej, a ja czułam się z dnia na dzień coraz gorzej. Poleżałam w łóżku kilka dni, faszerowałam się lekami i dziś został mi już tylko lekki katar i kaszel od czasu do czasu. Z resztą, teraz muszę już być w pełni sił, gdyż we wtorek przychodzi do mnie pierwsza "uczennica" na korepetycje z angielskiego. Ma nadzieję, że wszystko pójdzie ok i chętnie wróci w czwartek [bo tak jest w planie - wtorki i czwartki 2,5 h ].
Coś wreszcie musi mi się udać!
Zapomniałam się pochwalić!
W środę zakończyłam 2. etap diety Dukana! Mogłam skończyć już wcześniej, bo czułam się i wyglądałam dobrze, ale przed rozpoczęciem diety ustaliłam sobie cel i chciałam go osiągnąć:) Schudłam 17,4 kg. Tym samym rozpoczęłam etap 3., czyli utrwalanie uzyskanej wagi. Mam nadzieję, że się uda. Słyszałam pozytywne opinie na temat diety i skoro innym się udało, to ja nie mogę być gorsza!
Jestem szczęśliwa, że udało mi się schudnąć tyle ile chciałam na 2 tygodnie przed weselem. Mam czas, by powoli się przyzwyczajać do "nowego" jedzenia, by "nie zachorować" po weselu. Będę mogła sobie pozwolić na ucztowanie:) W końcu po tak długim czasie wyrzeczeń, czas na nagrodę.
Dobranoc i udanej, słonecznej i ciepłej niedzieli:) Ja spędzę ją na ostatnich zakupach przed wyjazdem i tym, czego tygryski nie lubią - pakowaniu!!!
Tak... Obiecałam napisać, więc piszę.
Pierwsze interview miałam w klubo-barze o 10.30 Pod klubem byłam 10 minut przed czasem. Staliśmy z W. pod drzwiami do ok. 10.40, w między czasie obeszliśmy budynek dookoła, szukając wejścia na zaplecze. Pomyśleliśmy bowiem, że może menago przyjmuje dostawę, czy coś i dlatego drzwi pozamykane na cztery spusty i żywej duszy nie widać. W końcu jakiś gość zaczął się kręcić w środku i gdy nas zauważył, otworzył nam drzwi. Pytając, czy jestem ... [tu niezrozumiale wymienił jakieś żeńskie imię]. Skorygowałam go, pożegnałam się z W. i weszłam do środka. Facet poprosił, żebym usiadła i poczekała chwilkę, a sam poszedł robić coś za barem. Myślałam, że to z nim mam interview, ale po chwili z góry zszedł menago baru. Od razu się przyznał, że nie miał czasu przeczytać mojego CV... [To na 'kiego grzyba je wysyłałam?] Pewnie zaprosił mnie na to interview tylko ze względu na zdjęcie, które wysłałam razem z CV [bo takie były wymagania w ogłoszeniu]. Sama rozmowa przebiegła całkiem sprawnie i miło. Gdy zapytałam, kiedy planuje zrobić trening dla nowo przyjętych, wskazał przyszły poniedziałek. No i zgrzyt... Musiałam mu powiedzieć, że w poniedziałek lecę do Polski na tydzień i że mój wyjazd był już od dawna zaplanowany. Powiedział, że spoko, ale że będzie musiał wziąć to pod uwagę, podejmując ostateczną decyzję. Pomyślałam "Oho, możesz się pożegnać z tą robotą..." Teraz tak myślę, że mogłam mu nic nie mówić i gdyby zadzwonił z ofertą pracy, dopiero wtedy mu powiedzieć, że lecę... Ale cóż, prędzej czy później by się dowiedział i tak, czy siak - nic by z tego nie było. Szkoda.
Drugie spotkanie miałam o 13.30, więc miałam czas pojechać do domu coś zjeść i przebrać się. W końcu na rozmowę do baru nie ubiorę się tak samo, jak na klasyczne interview do szkoły. Właściwie, to nie była to szkoła, tylko centrum pomocy młodzieży, które pomaga w nauce dzieciakom wyrzuconym ze szkoły lub zawieszonym w prawach ucznia. Interview poszło mi super. Sama byłam zaskoczona własnymi odpowiedziami. Jeszcze rok temu nie umiałabym odpowiedzieć na niektóre z pytań, albo miałabym z nimi spore problemy. Zadzwonili późnym popołudniem, ok. 17. Powiedzieli, że byłam bardzo mocną kandydatką, ale wybrali kogoś z większym doświadczeniem w pracy z trudną młodzieżą. Ja pracowałam z takimi dzieciakami tylko miesiąc, więc... Trudno.
Będę próbować dalej. W tym tygodniu wysłałam 3 kolejne aplikacje, z czego jedna do szkoły, która w lipcu zaprosiła mnie na interview. Jednak musiałam z niego zrezygnować, bo w tym samym dniu miałam inne interview. I na tym drugim zależało mi bardziej. To może tym razem mi się poszczęści...?
Pewnie od razu pomyślicie, że wczoraj gdzieś zabalowałam, albo siedziałam po nocy przed telewizorem/komputerem, albo, że sąsiedzi balowali, nie dając spać innym... Nic z tych rzeczy.
Od rana byłam wkurzona, bo prosiłam od kilku tygodni mojego W., żeby posprzątał z kuchni pudła po ostatnio kupionych do nowego mieszkania rzeczy. Usłyszałam tylko, że "przypominam mu w złym momencie!" Że powinnam mu o tym przypominać, jak ma wolne i ma czas, a nie wtedy, kiedy mi przeszkadza! Dodatkowo w zeszłym tygodniu ustaliliśmy, że na razie odkładamy kupno nowej szafy i pomieścimy się w szafkach, które już mamy. W związku z tym mieliśmy przenieść największą z szafek do sypialni, oczywiście nic z tego. Postanowiłam więc sama ją przenieść, bo zaplanowałam na wczoraj przegląd garderoby, a nie zamierzałam biegać między dwoma pokojami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i od razu usłyszałam, że znowu mu pokazuje, że zaraz mi pomoże i że nie może on robić wszystkiego. Odpowiedziałam mu, że gdyby zaczął robić to, o co go proszę i to, co trzeba, a nie to co mu pasuje, to było by inaczej. Pogoniłam go i sama przeniosłam szafkę. Ale, żeby ją zmieścić w sypialni, musiałam przemeblować pół pokoju - przesunąć dwie szafki, telewizor i dekoder. Kiedy już zaczęłam przestawiać meble postanowiłam odkurzyć pokój, bo przecież nie będę zastawiać brudnej podłogi. A jak już zaczęłam sprzątać, to przeleciałam całe mieszkanie, robiąc dodatkowo porządek z pudłami i innymi zalegającymi na podłogach szpargałami. Gdyby W. zrobił to wcześniej, nie padałabym na mój śliczny pyszczek po zakończeniu pracy. Jeszcze bardziej zła, z widmem masy ciuchów do przejrzenia i segregacji, stwierdziłam, że bez drinka nie da rady... Nalałam sobie wódki z colą [bo nic innego w domu nie było, nie licząc paru kropel białego wina na dnie butelki, które zostawiła moja brzydsza połówka...], wyrzuciłam na łóżko wszystkie szmatki i zabrałam się do pracy. Nie wiem czy to wina drinka, czy wcześniejszych porządków, ale zasnęłam po środku łóżka, między poukładanymi i podzielonymi na kupki ciuchami. Co zrobił mój ukochany, gdy wrócił z pracy ok. 5. rano? Zdjął ubrania ze swojej połowy łóżka i zaczął się do niego pakować, wyciągając w tym czasie kołdrę spomiędzy moich nóg i spod głowy [moja ulubiona pozycja do spania], oczywiście budząc mnie przy tym... :( Jak już byłam obudzona postanowiłam pójść na siusiu. Miałam nadzieję, żę w tym czasie W. sprzątnie resztę ubrań. Gdy wróciłam do łóżka i zaczęłam mówić, że to typowo męskie zachowanie - sprzątnąć swoją połowę, położyć się i dobra, usłyszałam w odpowiedzi, że z drugiej strony łózka było jeszcze sporo miejsca [co, jak możecie sobie wyobrazić, było oczywiście bzdurą]. Nie mając zbyt dużego wyboru, uprzątnęłam "swoją" połowę łóżka, położyłam się i próbowałam zasnąć. Bezskutecznie. Ludzie zaczęli wyjeżdżać do pracy [lub Bóg jeden raczy wiedzieć gdzie] i pod naszymi oknami zaczął się ruch. Nie spałam do 7., może 8. rano. Postanowiłam, że skoro ja nie śpię to i on nie zaśnie. Dlatego też trącałam go co jakiś czas, by upewnić się, że nie śpi. Może pomyślicie, że jestem wredna, ale dlaczego niby mam tolerować to, że za każdym razem, gdy on wraca z pracy, mniej lub bardziej nie chcący, mnie budzi...?! Zasługujemy na spokojny sen oboje tak samo.
W dodatku dzisiaj o 12.00 miałam wizytę w salonie fryzjerskim. Budzik zadzwonił o 11. Wciskając co pięć minut przycisk "drzemka", po pół godziny udało mi się zwlec moje zwłoki z łóżka. Wypiłam herbatę, ubrałam się i powiedziałam W., żeby mnie zawiózł. Gdyby nie zaproponowali mi kawy na samym wejściu, chyba zasnęłabym na fotelu. Postanowiłam odnowić kolor włosów i podciąć końcówki, bo ostatnio u fryzjera byłam w kwietniu, a w przyszłym tygodniu idziemy na wesele przyjaciół W., więc muszę dobrze wyglądać :)
Po wizycie w salonie pojechaliśmy do fotografa, by odebrać zdjęcie z mojej sesji. Jak się okazało praktykantka, która robiła mi zdjęcia, obrobiła i wysłała do wywołania tylko 10 pierwszych zdjęć, zamiast wszystkich, jak ustaliliśmy z fotografem. W dodatku wśród tych dziesięciu nie było tego, które najbardziej mi się podobało. Sam fotograf był zdziwiony, że tego zdjęcia nie ma. Przeprosił mnie za zaistniałą sytuację i powiedział, że wyśle moje zdjęcia jeszcze raz do wywołania [tym razem wszystkie]. Co oznacza, że będę musiała poczekać na nie do 23. września, kiedy to wrócę z Polski. To właśnie w Polsce jest wesele, na które się z W. wybieramy... A miałam nadzieję, że będę mogła pochwalić się zdjęciem rodzinie i przyjaciołom w trakcie odwiedzin w kraju. Ehh... Cóż poradzić, takie życie.
Ludzie zawsze mówili mi, że powinnam być modelką - bo chuda, bo wysoka, bo ładna. Ale mi w głowie była tylko edukacja i studia. Obiegowe opinie na temat wygłodniałych i nie wyedukowanych pięknościach też nie zachęcały.
Ostatnio modne są programy z serii "...'s Next Top Model" (W miejsce kropek wstawić nazwę kraju:) Obejrzałam kilka odcinków i stwierdziłam, że jestem idealnym materiałem na modelkę. Mam w sobie to, czego szukają obecnie u modelek - oprócz urody - inteligencję, naturalny urok, otwartość, elastyczność (w sposobie bycia/ pracy), łatwość przystosowywania się, inwencja, pewność siebie, sexappeal i to "coś", co sprawia, że jesteś wyjątkowa i niepowtarzalna :)
Pierwsze kroki w tym kierunku już podjęłam:
Krok 1. W środę byłam na pierwszej, profesjonalnej sesji zdjęciowej w lokalnym zakładzie fotograficznym. Szczerze mówiąc, to mój chłopak zauważył ich ogłoszenie na szybie.
Krok 2. Właśnie jestem w trakcie pisania maila do ogólnokrajowej agencji modeli i modelek. Trzeba opisać swoje doświadczenie (które NIE JEST wymagane), co chciałoby się osiągnąć w tym kierunku i najważniejsze, kilka słów o sobie. Wiadomo, trzeba też dorzucić parę fotek. I nie muszą być profesjonalne. Jeśli zauważą, że masz to "coś" zaproszą na interview. Tak więc, napiszemy, wyślemy i zobaczymy, co czas pokaże.
Krok 3. Powinien być raczej "pierwszym", ze względu na chronologię. Jednak jest "trzecim" ze względu na "ważność" :p Mianowicie, jeszcze w gimnazjum, a później w liceum "bawiłam się" w bycie modelką dla szkoły fryzjerskiej. Potrzebowali "modelek", którym za darmo farbowali i obcinali modnie włosy. Haczyk? Robili to uczący się jeszcze fryzjerzy, ale tacy, którzy wiedzą już, jak się obsługiwać nożyczkami i grzebieniem. A gdzie tu coś z modelki? Na koniec, gdy już wszyscy skończyli, każdy fryzjer wraz ze swoją "modelką", wchodził na scenę, omawiał fryzurę, co zrobił, jak zrobił i takie tam. Z efektów ich pracy zawsze byłam zadowolona - miałam szczęście :) Niestety zdarzało się, że "guru" musieli ocierać łzy modelek i naprawiać ich fryzury, by mogły się ludziom pokazać... Ale takie ryzyko.
A co do kariery ogółem, mam dwa kolejne interview! Oba we wtorek, na szczęście jedno rano, drugie po południu :) Pierwsze - przyjemna praca dodatkowa, na weekendy - w klubie, za barem :) Drugie, to już coś z mojej "dziedziny" pozycja Teaching Assistant'a w jednym z center dla dzieci, prowadzonym przez "miasto". Co z tego będzie? Zobaczymy :) Relacja we wtorek, no może w środę. Najpóźniej w piątek :p
Poniżej li
Wczoraj, kiedy wracaliśmy z Reading, liczyliśmy z moim W. ile to już godzin wyjeździłam razem z nim. Wyszło nam coś między 15 a 20. Oczywiście całą drogę (ponad 60 mil) ja prowadziłam. Zmiana biegów idzie mi gładko - 2, 3, 4 - na 5. bieg jeszcze przyjdzie pora :) Z dużymi prędkościami też sobie radzę - 50, 60, 70mph - mały pikuś. W. bardzo mnie pochwalił za wczorajszą jazdę, zwłaszcza, że jechaliśmy drogami równoległymi do autostrady (tam jeszcze nie wolno mi jeździć - takie przepisy), które jak wiadomo są węższe, dłuższe i bardziej kręte. Miejscami było trudno, zwłaszcza, gdy przejeżdżaliśmy przez angielskie wsie. Oświetlenia zero, budynki zasłaniają drogę, nieoświetleni piesi i rowerzyści. Koszmar, ale dałam radę. Warto przecież w trakcie nauki używać różnego rodzaju dróg, by później nie być zaskoczonym :) Pouczę się jeszcze trochę do egzaminu teoretycznego i może uda się go zdać jeszcze we wrześniu. Niby znam wszystkie znaki drogowe od dziecka, zasady ruchu drogowego też. Jednak tu w UK niektóre znaki znaczą coś zupełnie innego niż w Polsce, niektóre znaki widziałam pierwszy raz, bo u nas ich nie ma. Niektóre zasady brytyjskiego kodeksu drogowego zadziwiają nie tylko mnie, ale nawet mojego W., który jest zawodowym kierowcą i o niektórych z nich też nie wiedział, bo prawko robił w Polsce. W dodatku, tutaj egzamin teoretyczny ma dwie części. Pewnie już o tym kiedyś wspomniałam, ale powtórzyć nie zaszkodzi. Pierwsza, to oczywiście zestaw pytań wielokrotnego wyboru, nt. znaków, przepisów i ruchu na drodze. Druga, to coś, czego w Polsce moim zdaniem brakuje. W wolnym tłumaczeniu ta część egzaminu ma tytuł "Postrzeganie zagrożeń". Na czym polega? Mianowicie siedzimy sobie przed monitorem, na którym oglądamy krótkie filmiki nakręcone w trakcie jazdy, z perspektywy kierowcy. Naszym zadaniem jest kliknięcie myszką w momencie, w którym zauważymy zagrożenie na drodze. Ważne jest, by owo zagrożenie zauważyć jak najwcześniej. Im wcześniej, tym więcej punktów uzyskujemy. Jednak system ten jest inteligentny i jeśli ktoś klika myszką "na oślep" na końcu egzaminu zobaczy komunikat, że nie zdał, bo za często klikał :) Dlatego też muszę się do tego solidnie przygotować. Ale nie boję się :) Z resztą, czego tu się bać? Skoro przeciętny Brytyjczyk może, to ja tym bardziej. Bystra dziewczyna ze mnie, więc sobie poradzę :)
W menu po prawej zamieszczam krótki filmik, który omawia zasady drugiej części egzaminu teoretycznego na brytyjskie prawo jazdy.
Co prawda moje urodziny były kilka dni temu, jednak należy o nich wspomnieć. Zwłaszcza, że 22. urodziny ma się raz w życiu. W dodatku prezent, który sprawił mi mój W., również zasługuje na uwagę.
Z racji tego, że jestem na diecie, tortu urodzinowego, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, nie było. W zamian za to babeczka z wbitą na czubku świeczką. Miała też być podstawka grająca melodyjkę "Happy Birthday", jednak odmówiła współpracy z moim Kochaniem i została w kuchni. Owa babeczka została mi podana do łóżka razem z kartką urodzinową od mojego taty, która akurat została wrzucona przez listonosza :))
Po śniadaniu W. kazał mi się ubrać. Powiedział, że nie ważne, co włożę, bo i tak to zdejmę... Pomyślałam: "ba
Gdy tylko weszliśmy do dr Wanga, ten powitał nas z uśmiechem. Mnie zaprosił do małego pokoiku i poinstruował łamanym angielskim, bym się przygotowała do masażu. Jednym słowem - rozbierać się :) A mojemu W. powiedział, że może wrócić po mnie za godzinę. Sesja zaczęła się od moczenia stóp w wodzie z kolorowymi solami. Następnie przesiadka na łóżko do masażu. Najpierw położyłam się na brzuch, głowa do otworu na twarz, a stopy na poduszkę. Pan doktor wysmarował mnie kilkoma olejkami przy użyciu specjalnej, szklanej bańki, włączył lampę grzejącą, nakierował ją na plecy i wyszedł. Po chwili wrócił, przestawił lampę z pleców na nogi i zaczął stawiać szklane bańki na plecach. Spokojnie, to nie boli :) Gdy skończył, posmarował mi olejkami nogi, przykrył mnie całą dużym ręcznikiem i rozpoczął masaż. W związku z tym ja zamknęłam oczy i postanowiłam się zrelaksować. Po jakimś czasie usłyszałam: "Halo! Proszę się położyć na boku, twarzą w kierunku ściany." Tak też zrobiłam. Po masażu bocznym pan poprosił, żebym się położyła na plecach. I znowu - olejki, lampa rozgrzewająca, dr znika, dr wraca. Z tą jednak różnicą, że tym razem nie przykrywał mnie już ręcznikiem (nie licząc oczywiście małego ręcznika zakrywającego okolice bikini). Masaż miał kierunek z góry, na dół - głowa i twarz, brzuch + zahaczenie o biust i okolice bikini, na koniec uda i łydki. W trakcie tej części masażu porozmawialiśmy sobie troszeczkę. Dr powiedział, że mam bardzo ładne i zadbane ciało oraz pochwalił, że mówię bardzo dobrze po angielsku :) Dał też kilka rad jak utrzymać ładnie wyglądające ciało. Ucieszyłam się, słysząc te słowa. Zwłaszcza te zachwalające moje ciało - widać, że dieta nie poszła na marne i efekty są widoczne nawet dla obcych ludzi, którzy nigdy wcześniej mnie nie widzieli. To na prawdę cieszy.
Zapomniałam dodać, że w trakcie całej sesji w pokoiku było wyłączone górne światło, do mych uszu dochodziła chińska, relaksacyjna muzyka a moje oczy podziwiały figurę anioła z jednorożcem. Anielskie skrzydła ruszały się do przodu i do tyłu, mieniąc się przy tym tysiącami kolorów. Efekt relaksacji osiągnięty - przynajmniej w moim przypadku.
Gdy wyszłam, do czekającego już na mnie W., czułam się wspaniale. Wszystkie bóle odeszły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Moje ciało było miękkie w dotyku i pachniało ode mnie z daleka :) Ale z dwojga złego, wolę pachnieć olejkami, niżeli miałabym pachnieć jak przeciętna Brytyjka - nie mytym, dwudniowym potem...
Wieczorem, kiedy wróciliśmy do domu
A mój masaż wyglądał podobnie, jak ten ze zdjęcia zapożyczonego z internetu:

Tak jak obiecałam, relację z weekendu w Blackpool przedstawiam. Pogoda niestety nie dopisała :( Słońce niby było, ale wiatr mocny. O opalaniu od razu można było zapomnieć, zwłaszcza, że plaża w tych dniach znajdowała się głównie na dnie morza... Ostatniego dnia mieliśmy szczęście - rano był odpływ i kilkaset metrów plaży ukazało się naszym oczom. Jednak nie na długo. Pod koniec naszej sesji zdjęciowej morze zaczęło nas "gonić" i wypędzać ku miastu.
A wyglądało to mniej-więcej tak:









Ale dość tych zdjęć!
Wracając do relacji "słownej". Gdyż pogoda nie zadowalała, wręcz odstraszała deszczem od wychylenia nosa z hotelu, a plaży brak, zamiast opalania musieliśmy znaleźć inną rozrywkę. Głównie zajmowaliśmy się spacerowaniem deptakiem wzdłuż morza, jedzeniem pysznych gofrów z lodami [nie bitą śmietaną jak w Polsce, chociaż i na takie raz się skusiłam; jednak te z lodami biją je o głowę :] Nie dało się też ominąć sklepów z pamiątkami - kubki, kartki, wycieraczki, koszulki, naklejki, kapelusze... Co kto sobie życzy, mają tam wszystko! A jako szanujący się turyści nie omieszkaliśmy również zostawić w mieście trochę, ciężko zarobionych, pieniędzy :) Co prawda, w jednym z wielu "kasyn", nie przegraliśmy za wiele, bo "graliśmy" na maszynach dwu- i dziesięcio-pikaczowych, zabawa była przednia. Jak dzieci... [którym defakto owe kasyna są dedykowane] Najważniejsze, że odpoczęliśmy troszeczkę i odwiedziliśmy mojego tatę. Przy okazji odwiedzin, na spotkanie załapał się też mój młodszy brat, który przyjechał na wakacje, dorobić sobie do studiów.
Jedyna sprawa, na którą można by narzekać, to nocne życie w Blackpool. Niby miasto turystyczne, środek sezonu, ale poza weekendem nic się tu latem nie dzieje. Większość pubów ma licencję na sprzedaż alkoholu tylko do 22., więc, gdy ta wybije, zamykają interes. Następnym razem musimy pojechać na "normalny" weekend i porównać warunki.
Mimo, że mieszkałam tam kiedyś z tatą, lubię wracać do Blackpool, chociaż na kilka dni. Popatrzeć na morze, powdychać morskiej bryzy. Nawet wiatr gładzi twarz przyjemniej, niż ten miejski - zimny i nieczuły. Od razu człowiek czuje się lepiej!
Witam. Dzisiaj koło 13. pojechałam z moim W. na małe, szybkie zakupy do marketu nie daleko nas, bo biedaczek zapomniał sobie pieczywka na kanapki do pracy kupić, a i na obiad też nic nie miał... Oczywiście samochód prowadziłam ja. Na początku wszystko ładnie, pięknie, aż tu nagle... na 1 km przed sklepem, na osiedlu, na jednym ze zwężeń z wahadłowym pierwszeństwem, nie zdążyłam ominąć zaparkowanego na ulicy samochodu. Dzięki czemu mam malutką rysę na moim autku. Na szczęście na tamtym nie ma nawet śladu. Uff... Kiedyś w końcu musiał być ten pierwszy raz. Z dwojga złego, lepiej w trakcie nauki, samochodem kupionym specjalnie do nauki, niż później spowodować coś większego i płacić. Dalej było już tylko lepiej. Pod marketem zaparkowałam wzorowo, po środku wymalowanego prostokąta :) W drodze powrotnej było łatwo, szybko i przyjemnie. Pod domem parkowanie tyłem na ulicy - perfekt! Śmiem nawet sądzić, że zaparkowałam lepiej, niż czasami robi to mój W. Było równo z linią, równolegle do chodnika, z małą przerwą od niego i samochód z przodu miał miejsce do manewrowania. Muszę jeszcze dodać, że dzisiaj od rana pada u nas deszcz - czyli dodatkowe wyzwanie dla "lernera".
Po prostu zdolna jestem i tyle!
A jutro jedziemy nad morze do mojego taty na 3 dni, czyli "weekend" mojego W. Już zapowiedział, że pierwsze 30 km ja będę prowadzić, a później zamiana i już prosto autostradą do Blackpool. Oby tylko pogoda dopisała, bo plażę trzeba odwiedzić obowiązkowo. W końcu wakacje są!!
Zapomniałam wspomnieć, że w ostatnim czasie zaczęłam uczyć się jeździć. Tu w Anglii nie trzeba jeździć z instruktorem, wystarczy na swój prywatny samochód nakleić "elkę", zabrać kogoś kto od [bodajże] 2-3 lat ma prawo jazdy i można jeździć :) Jednak zanim będzie można jeździć trzeba sobie sprawić tymczasowe prawo jazdy, z którym można "uczyć się" jeździć do 2 lat. W tym czasie należy też zdać egzamin na prawo jazdy.
W sobotnią noc, gdy W. wrócił "wcześniej" z pracy, postanowiliśmy pojeździć po mieście i trochę za miastem, bo sobota, noc i pusto na drogach. A przy okazji poznam jazdę w innych warunkach niż na lekcji 1. - popołudniowe zakorkowane miasto... Poszło mi całkiem nieźle, w mieście wrzucałam nawet "trójkę", za miastem poczułam trochę prędkości :)
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w październiku-listopadzie zapiszę się na egzamin. Trzymajcie kciuki!
Nie, nie... To nie moje urodziny :) Dziś mój kochany W. obchodzi rocznicę swych narodzin. Wczoraj w nocy specjalnie dla niego robiłam tort. Nic specjalnego. Z braku czasu, kupiłam wczoraj gotowe spody, dekoracje, lukry do pisania, polewę czekoladową, mleko do budyniu, który miałam w domu i świeczki "cyferki". W nocy zrobiłam tylko "bazę" tortu, czyli przełożyłam spody budyniem i zalałam polewą. Dziś rano, jeszcze przed urodzinowym śniadaniem, w pełnej konspiracji udekorowałam ciasto. Wyszło pysznie! Solenizant zaskoczony, uśmiechnięty i zadowolony :)) A to przecież najważniejsze.
Dodatkowo, kilka dni temu, zamówiłam dla niego przez internet kartkę urodzinową, z dostawą "do domu". Wybrałam oczywiście kartkę idealną - kiedy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że to ta! Śmieszne rysunki a i tekst adekwatny. Dopisałam do niej kilka miłych, acz ironicznych słów, ale wszystko w ramach zdrowego humoru i dobrego smaku :)) Kartka przyszła wczoraj, ale przecież lepiej dzień przed, niż dzień po...
A TAK TO WYGLĄDAŁO:
Właśnie siedziałam sobie w kuchni przy stole, serfując po internecie i poczułam "mały głód". Szybko zajrzałam do lodówki i zabrałam się do pracy. Z racji diety mam ograniczony wybór, co do produktów, ale na szczęście zero barier, co do ilości czy pory posiłku :) Tak więc, dwa jajka sadzone i niskotłuszczowa szyneczka w plasterkach na ciepło z odrobiną zimnego ketchupu. Pycha! Teraz jako ukoronowanie posiłku [jak i dobrotliwy wpływ na układ trawienny] popijam czerwoną herbatę, która działa również relaksacyjnie i ułatwia spokojny sen :)
I kto powiedział, że dieta musi być niekończącą się głodówką pełną wyrzeczeń? A tak na marginesie - od początku diety schudłam już równo 17 kg!!! Jeszcze 1-1,5kg i witaj etapie trzeci! [ Edycja: Poprawka 2-2,5 kg, wczoraj źle policzyłam. Późno było i w ogóle... :p]
Dobrej nocy!
Wczoraj przypadkiem trafiłam na ten filmik. Czy wśród ludzi na prawdę panuje taka znieczulica? Rozumiem, że ktoś może się bać zareagować bezpośrednio, ale przecież po to są telefony alarmowe. Wystarczy podnieść słuchawkę, wykręcić 997/ 112 i choćby anonimowo złożyć doniesienie. Wtedy odpowiednie osoby mogą zacząć działać. Nie rozumiem jak można stać i patrzeć/ siedzieć spokojnie w domu, gdy tuż obok nas ktoś cierpi/łamie prawo lub ogólnie przyjęte zasady
Sama należę do osób, które reagują, w różnych niecodziennych sytuacjach. Choćby dziś, w trakcie, zdawałoby się zwykłego, wypadu po zakupy. Mianowicie, gdy parkowaliśmy z W. motor na parkingu pod supermarketem, tuż obok nas wyjeżdżała kobieta dużym, wysokim, rodzinnym samochodem. Wyjeżdżając ze swojego miejsca, wjechała w przód samochodu stojącego po jej lewej. Zdziwiona wyjrzała tylko przez przednią szybę i próbowała wycofać, co byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby nie fakt, że jej samochód zahaczył drugi pojazd i zawiesił się na nim. Po dwóch próbach udało jej się wyjechać. I tyle ją widzieliśmy...! Na małym, kompaktowym samochodzie zostały niezłe rysy, widoczne z daleka. Oboje zdecydowaliśmy, że coś trzeba z tym zrobić. Zdążyliśmy zapamiętać i zapisać numery rejestracyjne w komórce. Niestety nie mieliśmy przy sobie nic do pisania, by móc zostawić notatkę za wycieraczką. Wpadłam więc na pomysł, że w sklepie na pewno gdzieś znajdziemy coś do pisania. Napisaliśmy notatkę i W. poszedł włożyć karteczkę. Ku jego zdziwieniu, jedna karteczka już tam była. W tym samym momencie podeszła do niego kobieta, która też była świadkiem tej kolizji. Jednak nie zapamiętała dokładnie "numerów", więc W. uzupełnił jej notatkę. Babka powiedziała mu też, że dobry z niego człowiek, skoro zareagował. Szybko zrobiliśmy zakupy i poszliśmy do kasy. W tym samym czasie usłyszeliśmy ogłoszenie, że obsługa klienta wzywa właściciela samochodu o takiej i takiej rejestracji [albo ktoś jeszcze to widział, albo tamta babka postanowiła dodatkowo powiadomić sklep]. Jak się okazało, samochód należy do pracownicy sklepu. Od razu wyszła na parking i obejrzała dokładnie samochód. Rozglądała się też dokoła, szukając świadków/ osoby, która zostawiła notatkę. Obserwowaliśmy to wszystko przez okno obok kas. Gdy wyszliśmy ze sklepu, podeszliśmy do niej, by zapytać, czy nie potrzebuje naszych kontaktów, na wypadek potwierdzenia od świadków, ale powiedziała, że babka, która zostawiła notatkę właśnie pisze jej swój numer telefonu, więc naszego już nie potrzebuje. Podziękowała też bardzo za pomoc. Mam nadzieję, że uda jej się uzyskać jakieś pieniądze od tej kretynki, która bez mrugnięcia okiem uciekła z miejsca zdarzenia.
Niby takie małe nic, a jednak. Czyjś samochód ucierpiał i gdyby żadne z nas nie zareagowałoby, kobiecina miałaby niemiłą niespodziankę po skończeniu pracy. I wtedy nie mogłaby nic zrobić. A tak, może uda jej się coś w tej sprawie osiągnąć:)
Jednym słowem - obywatelski obowiązek wypełniliśmy. Od razu człowiek czuje się lepiej, gdy może komuś pomóc. Na prawdę, wspaniałe uczucie. Zachęcam każdego, by jak najczęściej reagować i pomagać innym, nawet - lub przede wszystkim - bezinteresownie...!
Ehh... Dużo roboty z tą przeprowadzką... Od wtorku jesteśmy już na swoim :) Jednak jeszcze dużo pracy przez nami. Trzeba teraz wszystko rozpakować, zdecydować co, jak i gdzie. Musimy też dokupić kilka mniejszych i większych rzeczy, ale damy radę! Na razie idzie powoli, bo większość robię sama, gdy W. jest w pracy. Pracuje na popołudnia, więc wstajemy ok. 10., jemy śniadanko, pijemy kawę - bo bez kawy ani rusz... Jedziemy na zakupy, wracamy - coś wypakowujemy, albo co częstsze, szukamy co, gdzie jest. Później obiad, kanapeczki do pracy dla mojego ukochanego i on znika. A ja? Ja powoli staram się doprowadzić nasze gniazdko do stanu używalności...
Są nawet pierwsze sukcesy! Dziś zakończyłam prace w kuchni, która była naszym priorytetem. W końcu musimy gdzieś gotować i jeść :)
Niestety, straty w ludziach też są... Mianowicie już w zeszły czwartek, kiedy pakowaliśmy z W. wszystko do przeprowadzki i przewoziliśmy z A., źle stąpnęłam i coś mi w lewym kolanie przeskoczyło :( Zatrzymałam się z bólu, spojrzałam na kolano i zauważyłam, że coś mi w nim się poruszyło... Natychmiastowa reakcja - usiąść z nogą do góry, altacet w żelu na kolano i bandaż elastyczny - przecież ktoś musi to wszystko spakować! Po dwóch dniach traktowania kolana altacetem i bandażem, kolano przestało boleć. Pomyśleliśmy, że skoro samo przeszło, to nie musimy już jechać do szpitala. Niespodziewanie, dziś kolano zaczęło na nowo boleć. Akurat W. był już w pracy, więc sama je sobie obandażowałam i mimo bólu dokończyłam kuchnię :) Tym razem jednak odwiedzę szpital, tak dla pewności [w końcu strzeżonego, Pan Bóg strzeże :]. Mam nadzieję, że powiedzą, że to zwykłe zwichnięcie [albo nawet coś mniej poważniejszego], dadzą jakieś smarowidło i może tabletki przeciwbólowe i odeślą do domu. I zapewne poradzą "nie przeciążać nogi i trzymać wysoko".
Życzcie mi szczęścia!
Witam ponownie. Tak jak obiecałam - wróciłam, by napisać o rezultatach moich interview, przeprowadzce i tym, co po drodze... Dużo do pisania, jeszcze więcej do przemyślenia. Od czego by tu zacząć? Najlepiej będzie od początku i po kolei :)
Sprawa pierwsza, moje interview. Na obu poszło mi nieźle. Niestety zostałam pokonana, w obu przypadkach, przez osoby z dłuższym doświadczeniem (3-4 lata). Jednak w drugim miejscu powiedzieli, że bardzo im się spodobałam i żałowali, że mają tylko jedno miejsce. I że w innych okolicznościach mogłoby się to potoczyć zupełnie inaczej. Ale się nie potoczyło...
W zamian za to mój W. dostał nieoczekiwanie stałą pracę! A jak to się stało? Mianowice w maju [może początek czerwca] W. wpadł "w odwiedziny" do agencji, zapytać, czy pracy nie mają. Konsultant odpowiedzialny z kierowców akurat był w trakcie sortowania aplikacji o pracę do ALDIego [agencja wybiera tylko kandydatów, firma spośród nich wybiera tych do interview, a następnie zatrudnia tych, którzy się im spodobają]. I mój W. spytał, co to ma być, że on też chce aplikację. Zgodnie z angielskim prawem, a szczególnie Equal Opportunities [równość dostępu do wakatów] nie mógł mu odmówić. Po paru dniach zaprosili W. na interview. Razem z nim było 5 kandydatów i tylko 3 miejsca. Jak się później okazało - 2 wzięli od razu, 1 od razu odrzucili. Zostało jedno miejsce i dwóch kierowców, których firma chętnie by zatrudniła. W. był w tej ostatniej dwójce. Podobno "rywal" W. pracował tam kiedyś i/lub jest znajomym kogoś w firmie. Kilka dni po interview agencja powiedziała W., że Aldi będzie się kontaktował z tamtym, bo musi on donieść jakieś papiery i jeśli nie doniesie ich w terminie, wtedy zatrudnią W. Przez ok. MIESIĄC firma próbowała znaleźć tamtego kolesia, dzwonili - nie odbierał, pisali listy - zero odpowiedzi. Gdy go wreszcie znaleźli, po 1,5 tygodnia pracy - koleś zrezygnował. Stwierdził, że nie wytrzymuje tempa. Facet, który go szkolił przez 5 pierwszych dni, lubi szybko zrobić robotę i wrócić wcześniej do domu, więc i tamten musiał ostro pracować. W zeszłym tygodniu zadzwonili do W. i zapytali, czy jest jeszcze zainteresowany. Spadło nam to jak z nieba. Nowe mieszkanie, wakacje [czyt. ja nie mam pracy, bo szkoły są zamknięte no i motocyklowy wyjazd do Francji na 2 tygodnia planowaliśmy], sprzedaż samochodu i duża potrzeba szybkiego kupna nowego [dobrze, że mamy motocykl :] - wszystko razem sporo kosztuje. Zaczęliśmy nawet myśleć, że to wszystko zaczyna się nam powoli układać. Dobry start w lepsze, wspólne życie...
Co do przeprowadzki... W czwartek A. przyjechał swoim vanem. Zapakowaliśmy wszystko oprócz paru drobiazgów, które potrzebowaliśmy na kilka kolejnych dni. Dlaczego? A no dlatego, że nasze nowe, super wygodne łóżko przyjechało dopiero dziś :( To znaczy, że do dziś musieliśmy znosić naszych współlokatorów. Pomyśleliśmy: "wytrzymaliśmy tyle czasu, to te kilka dni nie powinno być problemem". Myliliśmy się...
W piątek W. zaczął pracę. W czwartek w nocy położyliśmy się wcześniej spać. Nasi współlokatorzy, jak zawsze ok. 1. w nocy, wrócili do domu. Przez baaardzo długi czas siedzieli na dole i jak zawsze "po cichu" gadali. W pewnym momencie W. doszczętnie rozbudzony i zdenerwowany [lekko powiedziane, bardziej odpowiednie byłoby raczej "nieźle wku..."] zszedł na dół i mówi do nich w te słowa: "Zamknijcie k***a ryje. Ja tu jeszcze mieszkam, idę do pracy i chce się wyspać. Od pół roku, kiedy chodzę na te zaj****e nocki [poprzednia praca - w Royal Mail], dzięki wam, nie przespałem ani jednej nocy. Prosiłem was 6 miesięcy temu, 4 miesiące temu i 2 miesiące temu. Ale wy nic. [A na koniec spokojnym głosem dodał ] A najgorsze jest to, że ja na prawdę nie spałem przez ten cały czas." I wrócił na górę do łóżka. W życiu nie widziałam go tak wkurzonego. Na dole grobowa cisza. Po chwili G. i jego dziewczyna [ta, która cichaczem się do domu wprowadziła niedawno] też poszli na górę. On normalnie, ona - na każdym schodku tupała nogami, przechodząc obok naszego pokoju walnęła w nasze drzwi i tupała w korytarzu, aż do pokoju G. Na koniec trzasnęła, z całych sił, drzwiami do pokoju. Wyobrażacie to sobie...?! Jaki trzeba mieć tupet?! Człowiek zwraca jej uwagę, żeby się przymknęła, bo jest środek nocy i ludzie śpią, to zamiast cicho się zachowywać, jeszcze bardziej robi komuś na złość. I to w taki sposób! W. nie zdążył zareagować, a ja zdążyłam tylko walnąć mocno w ścianę pięścią [trzy razy] i krzyknąć do niej "je***a ci**a!" Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. to był impuls. Od razu powiedziałam do W., że rano jak wstaniemy, zmieniamy hasło do internetu. Niech zobaczą jak to jest, gdy robi się komuś na złość. W. wyskoczył z łóżka jak poparzony, mówiąc, że już teraz je zmieni. Jak powiedział, tak zrobił. Z uśmiechem na twarzach położyliśmy się z powrotem do łóżka i próbowaliśmy jak najszybciej zasnąć. A rano...
...Rano obudziły mnie głosy kłótni z dołu. Słyszałam mojego W. i drugiego G. Kłócili się o to, co kogo wkurza, o nocną sytuację i ich codzienne powroty do domu. Najlepsze jest to, że ten G. nie pracuje z nimi i wraca o wiele wcześniej niż oni i przysiada się zawsze, gdy tylko wracają [wśród nich jest jego narzeczona, która mieszka z nami od września zeszłego roku]. Gdy W. przyszedł na górę z kawą, zapytałam go o relację. Usłyszałam w odpowiedzi, że gdy tylko zszedł na dół, drugi G. z narzeczoną jedli śniadanie, a internet był zrestartowany [dla nie wtajemniczonych - polega to na wyjęciu dwóch wtyczek z kontaktu, odczekaniu chwili i ponownym podłączeniu]. W. zapytał czemu i usłyszał: "bo net nie działa". Powiedział więc, że tam jest wszystko ok. Ze zdziwieniem G. zapytał o co chodzi, na co W. odpowiedział spokojnie: "odpowiedzialność zbiorowa za nocne przegięcie zachowania jednej osoby". Później, gdy rozmawiali, W. powiedział, że co noc słyszeliśmy, jak nas obgadują i robią nam na złość, gadając głośno, czasami nawet włączając radio/muzykę na kompie . G. bronił ich, mówiąc, że w tych rozmowach każdy się pojawiał, że o każdym gadali. Mówił też, że jego też różne rzeczy wkurzały, ale nic nie mówił, żeby nie psuć sytuacji/atmosfery (!). W. dodał tylko, że gdy mieszkali sami [tzn. we 3-4, bez dziewczyn, a nawet, gdy ja się do nich wprowadziłam i byłam jedyną kobietą w domu] nie mieli żadnych problemów i wszystko było ok. G. krótko i po cichu przyznał mu rację. Skończyło się na ty, że G. przyznał, że słusznie dostali karę, że muszą się pogodzić z odpowiedzialnością zbiorową i ją przyjąć. I tak nie mieli zbyt dużego wyboru...
Wczesnym popołudniem natomiast, tuż przed pracą W. pojechaliśmy do naszego mieszkania, by umyć podłogi i szafki w kuchni. Gdy wróciliśmy do domu, W, chciał z powrotem przywrócić stare hasło, na co stanowczo zareagowałam. Powiedziałam mu, że oni się nim nie przejmowali, mieli gdzieś to, o co prosiliśmy, robili co chcieli, gdzie chcieli i kiedy chcieli, więc on teraz musi być taki sam. Do dziś się do nich nie odzywamy...
I kto by pomyślał, że najlepsi przyjaciele, którym pomogłeś, gdy przyjechali do Anglii, którym za darmo dałeś dach nad głową i kanapę do spania, w obcym kraju, mogą po paru latach tak pięknie Ci się odwdzięczyć...? I w dodatku nie widzieć nic złego w tym, że grupa 4-5 osób, dzień w dzień i noc w noc, robi na złość parze ludzi, których jedyną winą jest to, że są dobrze wychowani, potrafią się zachować, którzy mają wyższe cele i ambicje w życiu, niż tylko "naje**ć się w każdy weekend do nieprzytomności" i nie mają rozrywki w ciągłym obgadywaniu i "udu*****u" innych...
Inna sprawa, że w tym domu ludzie w ogóle nie mówią sobie nawzajem, że coś im się nie podoba/coś chcieli by zmienić/ustalić. Ja byłam pierwszą [i jeszcze do niedawna] jedyną osobą, która nie bała się mówić o tym, co jej nie pasuje i zwracać ludziom uwagę. Prosto w oczy, a nie tak jak reszta - pod nosem, albo za plecami... Każdy problem "zamiatali pod dywan". Po pewnym czasie pod tym dywanem już się tyle nazbierało, że ktoś tupnął i nagle się wszystko wysypało. Wystarczyło tylko, żeby umieli ze sobą nawzajem rozmawiać. Przecież są przyjaciółmi i znają się [wszyscy, oprócz tej wariatki - ją poznali tu w UK, w pracy] od czasów liceum, czyli ok. 10 lat. Ale nie! Przecież lepiej jest udawać, że wszyscy się lubią i że wszystko jest ok... Nie rozumiem takiego postępowania.
Czy ktoś potrafi mi to wyjaśnić...?
Tak, moje drugie interview miało miejsce dziś. Było dobrze, sympatycznie i długo. Było nas 4. Trzy Polki i Węgierka. Byłam w tym towarzystwie najmłodsza, najchudsza, najbardziej uśmiechnięta i w najlepszym makijażu (w sumie jedna z nich miała makijaż i to tylko na oczach). Zaczęło się od wspólnej wycieczki i zwiedzania szkoły. Zajrzałyśmy do każdej dziury, w środku i na zewnątrz i jeszcze zostało nam 10 minut do następnego punktu dnia naszego. Kobitki tam pracujące były zdziwione, że osoba, która nas oprowadzała zrobiła to tak szybko. Jak się jednak okazało, nie pokazała nam tanecznego studia...Czas ten spożytkowałyśmy na rozmowę z osobami już tam pracującymi. Następnie każda z nas poszła na inną lekcję, by pomagać konkretnemu uczniowi. Po godzinie wróciłyśmy do centrum pomocy w nauce na przerwę na kawę i ciastka. Podczas przerwy siedziałyśmy przy dużym stole razem z innymi TA i rozmawiałyśmy o szkole, pracy... ale nie tylko. Głównie wszystko obracało się w temacie Polski, Polaków i uczniów z Polski. W tym momencie, pierwszy raz od przyjścia ,odezwałyśmy się do siebie na wzajem. Ale cóż się dziwić, w końcu konkurencja - 4 kandydatki i tylko jedno wolne stanowisko... To muszę być ja!!!
Na podstawie tego, co zaobserwowałam i usłyszałam w trakcie przebywania z moimi konkurentkami:
- jedną wyeliminowałam od razu na podstawie pytań, które zadawała. Pokazały one jej brak doświadczenia w pracy w tego rodzaju miejscu.
- druga już w trakcie zwiedzania szkoły, pochwaliła się, że była już tu w styczniu, też na interview. Skoro nie była wystarczająco dobra wtedy, czy jest odpowiednia teraz...?
- trzecia pozostała zagadką. Cicha, małomówna, raczej nieśmiała. Bardzo przeciętna. Nie wiem jak ją ocenić.
Po przerwie miałyśmy osobiste interview. Tajemnicza poszła pierwsza, po ok. 20 minutach zawołano mnie. Moje interview zaczęło się bardzo miło i niewinnie od pytania o Blackpool - miasto, w którym mieszkałam z tatą, który to mieszka tam nadal. Okazało się, że jedna z osób mnie przepytujących jest właśnie z Blackpool, dwie pozostałe nigdy tam nie były. [Niech żałują. Słońce, plaża, ocean... Żyć, nie umierać...] Następnie przeszliśmy do sedna. Pytania na temat osiągnięć, kariery, umiejętności. Standard. Na końcu zapytali, czy mam pytania. Odpowiedziałam, że mam je zanotowane i żartem dodałam, "bo moja pamięć jest dobra, ale krótka". Zaśmiali się (to chyba dobry znak...?!), a pani z Blackpool dodała, że podoba jej się to, że mam przygotowane i zapisane pytania. [Punkt dla mnie :] Po wszystkim zostałam odprowadzona do recepcji. Jestem zadowolona z tego, jak przebiegło moje interview. Moje odpowiedzi im się podobały, przynajmniej takie robili wrażenie.
Tak, czy siak - jutro wszystko się rozstrzygnie. Z rana mają dzwonić.
Druga część dnia była równie ekscytująca - podpisaliśmy dziś umowę wynajmu mieszkania z landlordem. Jak tylko dostaliśmy klucze, pojechaliśmy zobaczyć mieszkanie. Tym razem wydawało nam się jakby mniejsze, niż za pierwszym razem. Może dlatego, że wcześniej oglądaliśmy kilka innych nieruchomości i wszystkie z nich, w porównaniu z tym mieszkaniem, były ciasne i nie warte swej ceny. Jutro uzgodnimy ze sklepem termin dostawy nowego łóżka - z super materacem, który przystosowuje się do ciężaru i ułożenia ciała. Leżąc na nim, nie czuje się żadnego bólu. Gorzej, gdy trzeba wstać... Planujemy z W. zacząć jutro powoli zacząć przewozić nasze rzeczy, umyć wszystko, co jest w mieszkaniu, bo stało nieużywane przez kilka miesięcy i zlikwidować wszystkie płatności zlecone z konta na stary adres. Dobrze, że mamy przyjaciela, który ma dużego vana do przeprowadzek - nie dość, że nam go pożyczy, to jeszcze sam pomoże nam w przeprowadzce :)
O tym, jak poszła przeprowadzka i czy od września mam pracę, napiszę w najbliższych dniach. Kiedy dokładnie, to zależy od dostawy łóżka.
Dobranoc.
Na początek małe podsumowanie. W zeszłym tygodniu wysłałam pięć aplikacji o pracę. Z trzech miejsc zaprosili mnie na interview - niestety z jednego musiałam zrezygnować, bo nie mogę być w dwóch miejscach na raz... Z jednego miejsca od razu odpowiedzieli "nie", ale dlatego, że moja aplikacja została odebrana przez menadżera po terminie. W ostatnim miejscu do dziś można było składać aplikacje.
Tak więc dziś miałam interview. Zaczęło się od dziewczyny mojego współlokatora, która z zazdrością parzyła na mnie wyszykowaną do wyjścia. Nie mogła znieść, że wyglądałam super, więc kazała G. zamknąć drzwi ich pokoju. No cóż... Nie moja wina, że Bozia pożałowała jej oprócz inteligencji również i piękności Ale do rzeczy. Najpierw w mieście był korek, bo są roboty drogowe, więc autobus mimo używania bus lane też stał w korku. Następnie okazało się, że jestem w złym budynku i w wysokich butach musiałam szybko znaleźć właściwy budynek, który był jakieś 10-15 minut dalej, jak się później okazało... Byłam na miejscu 14.40, miałam być 14.30, by zwiedzić szkołę i o 15.00 mieć interview. Z powodu mojego spóźnienia babki darowały mi wycieczkę i przeszłyśmy od razu do interview. Było szybkie i konkretne. Na każde pytanie odpowiedziałam w kilku zdaniach. Podobały im się moje odpowiedzi, albo są dobrymi aktorkami :) Po 15 minutach byłam już wolna. We wtorek/ środę będą się kontaktować ze wszystkimi kandydatami. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)
W poniedziałek mam kolejne interview. Szczerze mówiąc, na tym poniedziałkowym bardziej mi zależy. Większy prestiż i praca ze starszymi dzieciakami. Ale o tym w poniedziałek :)
A.... i zapomniałabym. W. był dziś w agencji nieruchomości. Mamy przyjechać w poniedziałek podpisać umowę, tyle że nie z nimi, tylko bezpośrednio z landlordem, który podobno też się już niecierpliwi i chciałby jak najszybciej podpisać umowę. Nam się spieszy, bo chcemy jak najszybciej być sami, na swoim, bez tych głupich ludzi szwędających się pod nogami i zostawiających wszędzie ślady swej egzystencji. Lanlordowi - zależy, żeby szybko dostać kasę, bo gdy mieszkanie stoi puste przynosi straty. Zwłaszcza, że dopiero co je wyremontował i jest gotowe by się do niego wprowadzić. I nam to się podoba... :)
8.30 rano. Współlokator dobija się do drzwi. Śpię i myślę, że może sobie pójdzie. Niestety uparcie próbuje on nadal uzyskać ode mnie jakąkolwiek odpowiedź. Ja nic. G. otwiera drzwi do mojego pokoju i cicho woła mnie po imieniu. Nadal nie otwieram oczu i udaję, że nadal śpię. Może pójdzie. Wreszcie podchodzi do mojego łóżka i delikatnie mną potrząsając ostatecznie próbuje mnie obudzić. Skutecznie tym razem. Otworzyłam oczy i pytam, co jest? W odpowiedzi słyszę, że przyszedł facet okna wymieniać i żebym zrobiła porządek (czyt. przełożyła rzeczy spod okna na drugą stronę pokoju) pod oknem. Zaspana jeszcze mocno, odbąknęłam tylko: "Ok, powiedz mu, że za 10-15 minut będzie zrobione." G. na to, że na razie fachmistrz w pokoju obok zaczął z oknem. Myślę, ok... Gdzie jest moja piżama? Przy tych upałach śpię nago, ale na szczęście byłam solidnie zakryta kołdrą, gdy G. znalazł się w mej sypialni. Zanim zrzuciłam swoje zwłoki z łóżka, znalazłam komórkę. Zegar na wyświetlaczu wskazywał godzinę zbyt wczesną, jak na pierwszy dzień wolnego. Wstałam szybko i posprzątałam pod oknem, przebrałam się w podomowe ciuchy i zeszłam na dół do kuchni. Zrobiłam sobie herbatę, wróciłam na górę, włączyłam tv i położyłam się do łóżka pod kołderkę, bo spać położyłam się ok. 2, może 2.30 w nocy... Spać, nie spałam, ale powolutku dochodziłam do siebie po brutalnej pobudce. Ok. 11.30 fachowiec przyszedł robić okno u mnie. Od razu zaproponowałam mu coś do picia. Z nadzieją i radością na twarzy, że wreszcie ktoś zaproponował mu coś do picia, poprosił o herbatę. Powiedziałam, że nie wiem, czy mamy mleko (brytyjska herbata bez mleka - nie może być!), ale pójdę i sprawdzę. Zmartwił się... Poszłam więc do kuchni, przywitałam współlokatora i jego "piękną" radosnym "bry" (nasza skrócona wersja "dzień dobry" :) Ona nie raczyła nawet oderwać oczu od śniadania, które przygotowywała, o odpowiedzeniu mi już nie wspominając. G. po kilku sekundach odpowiedział anemicznym "bry". Zapytałam, czy mają może mleko. "Piękna" znów nie odrywając wzroku, odparła, że nie mają. Zajrzałam więc do lodówki, znalazłam przydatne jeszcze do spożycia mleko. Pomyślałam, że jeśli to nie ich i nie nasze, to musi być pary, która wczoraj wyleciała do Polski na tydzień, więc jak wrócą mleko i tak będzie do niczego. Dlatego też po wlaniu mleka do herbaty skoczyłam szybko na górę, zapytać majstra, czy słodzi. Z radością w głosie odpowiedział, że 2 łyżeczki i że rozumie, że znalazłam jakieś mleko. Gotową herbatkę (tu muszę dodać, że zrobioną w zielonym kubku - jasny komunikat dla każdego w domu, że herbata jest nie dla mnie, bo ja i W. mamy swoje brązowe ładne, nowe kubki i tylko z nich pijemy) zaniosłam na górę i tu też pozostałam. Usiadłam na łóżku z laptopem na kolanach i zajęłam się czytaniem jakiegoś artykułu w internecie. Po ok. minucie do mojego pokoju przyszedł z dołu G. i zapytał go, czy nie chciałby czegoś do picia. Facet wielce zdziwiony pytaniem odpowiedział, że właśnie młoda pani, czyli ja, zrobiła mu jedną... Myślałam, że spadnę z łóżka. Ciekawe, co majster sobie pomyślał o G... Pewnie nic dobrego.
No to mamy nowe, ładne, plastikowe okno w sypialni. Tylko po co? Teraz, gdy zdecydowaliśmy się wyprowadzić do własnego mieszkania i czekamy właśnie na odpowiedź z agencji nieruchomości, czy możemy wynająć mieszkanie, które oglądaliśmy. Jutro powinniśmy dostać odpowiedź. Trzymajcie kciuki :)
Zobaczymy, czy coś ciekawego wydarzy się jeszcze dzisiaj. Jeśli tak, niezwłocznie Was o tym poinformuję. Na razie miłego wieczoru życzę...
Przez ostatnie 2 tygodnie byłam tak zmęczona, że nie miałam na nic sił. Nie miałam głowy i czasu do pisania notek, choćby krótkich. Nie miałam kiedy napisać o naszych motocyklowych wycieczkach bliższych i dalszych - Oxford, Tetbury, wschodnia Walia i pobliskie wsie, mniejsze i większe.
Ustanowiliśmy też nasz nowy rekord prędkości - 118 MPH (ok. 200 km/h). Uwielbiam ten sport!!!
| 1 | 2 | | dalej |